Andrus to według mnie pretendent do złotej patelni pierwszego krakowskiego festiwalu food trucków. Bynajmniej nie za kawy i wuzetki (które oczywiście są u nas obowiązkowe podobnie jak szatnia), ale za stworzenie nowej świeckiej tradycji Krakowa – maczanki. Jak wiecie, nam warszawiakom wasze miasto kojarzy się gastronomicznie wyłącznie ze smokiem, który został potraktowany lokalnym tex-mexem i tego nie przeżył, więc tym bardziej cieszymy się, że dziś macie coś, co dzięki Andrusowi ma szansę zostać ogólnopolskim przebojem street foodu.
Maczanka (klasyczna 9 PLN, na wypasie – 13) W tym daniu wszystko jest idealne. Bułka – trochę twardawa i dopieczona (czyli nic nowego po waszych kajzerkach z dziurką które nazywacie obwarzankami), mięso – marynowany 48 godzin a następnie wolno pieczony i łamiący się pod językiem karczek wieprzowy, dodatki w postaci świetnie zgrillowanego bekonu czy świeżego ogórka czy wreszcie sosy, które przenikając się i dopełniając smaku aż proszą byś się nimi porządnie potraktował. Ja nie żałowałbym dla takich doznań nawet własnego ubrania.
Jako Kaszpir zmieniłbym tylko dwie rzeczy – uzupełnił nazwę food trucka o element maczankowy i jako drugą… zmienił nazwę maczanka na coś bardziej gastronomicznego. Wiem, przesadziłem i zasługuję na powitanie maczetą 🙂 ale jak można tak pyszne danie nazwać tak beznadziejną nazwą, tego zaiste nie ogarniam.

Na zlot foodtrucków do Warszawy go 🙂