Burgerownie powstają jak grzyby po deszczu, przybywa food trucków a zatem normalnym jest, że gwarancją utrzymania się na na rynku i zdobywania nowych klientów powinna być jakość. Tę jednak dostrzegamy głównie w eleganckich logotypach i ładnych grafikach identyfikujących nowych graczy. Z jakością jedzenia już tak nie jest. Naprawdę nie mogę nadziwić się, jak wchodząc na tak trudny rynek można nie odrobić lekcji i nie chcieć wyróżnić się i przyciągnąć uwagi klientów, poprzestając na wtórnym powielaniu schematów i, o zgrozo!, oszczędzaniu na produktach.Ten tekst powstaje z troski zarówno o nasze żołądki jak i o byt kolejnych właścicieli trucków, które chcą trafić do szerszej świadomości konsumentów.
Nazywają się WOT Burger i są obecni na rynku od czerwca. Zadebiutowali na Żarciu Na Kółkach vol. 4 na warszawskim Mokotowie i jako nowi oczywiście wzbudzili nasze zainteresowanie, więc czym prędzej zamówiliśmy u nich chilli burgera (20 złotych). Powinien składać się z wołowiny, salsy pomidorowej z jalapeno, sera i sałaty. Cena dość wysoka, więc i nasze oczekiwania do takich należały.
Dostaliśmy marnej jakości sklepową bułkę, ledwo muśniętą temperaturą, pociętą w cienkie plastry sałatę, której wygląd nawet nie zachęcał do jedzenia oraz plasterek zwykłego sera (aż się prosiło o wyrazisty smak) i…
pulpę pomidorową zawierającą skórki (!) z pomidora poprzetykaną drobno krojoną ostrą papryczką.
Same szkolne błędy, nie mówiąc o braku jakiegokolwiek autorskiego pomysłu na kompozycję kanapki.
A wystarczyło podpiec lekko bułkę (oczywiście zakupioną w piekarni a nie w hurtowni), potraktować masłem klarowanym, obrać pomidory ze skóry i wyjąć gniazda, pomyśleć nad solidnym kawałkiem normalnej sałaty i ciekawym sosem. Aż tyle i tylko tyle. Wyszedł banał, który tylko nas zdenerwował i z miejsca negatywnie nastawił do serwowanej tu kuchni.
Zdążyliśmy już zapomnieć, że ten food truck w ogóle istnieje aż tu na drugim mokotowskim Targu Śniadaniowym pojawił się przed naszymi oczami WOT Burger serwujący tosty. Sam jeden, bez żadnej konkurencji, więc mógł sobie pozwolić zarówno na pokazanie się od najlepszej jak i od najgorszej strony.
Zdziwiła nas znowu prostota menu, do dyspozycji były tylko dwa rodzaje tostów: croque monsieur (10 złotych) z serem, szynką i beszamelem oraz croque madame (12 złotych) z dodatkowym jajkiem sadzonym. Uznaliśmy jednak, że skoro są raptem dwie pozycje, to pewnie biją na głowę konkurencję (West Coast Toast) i mają je dopracowane w najmniejszym detalu.
Abstrahując od faktu, że pomylono zwyczajowe upodobania i kobiecej nazwie przypisano bardziej obfity w kalorie tost, to po kilku minutach dostaliśmy rozpadającą się kanapkę z jajkiem położonym na niej a nie stanowiącą jej części składowej.
Zwykłe tostowe pieczywo ze sklepu przebolelibyśmy, wszak nie ma jeszcze wielu food trucków serwujących tosty, ale zawartość w postaci najtańszej wędliny – szynki konserwowej – przelała czarę goryczy i spowodowała, że postanowiliśmy napiętnować oszczędnych kucharzy. Tak po prostu nie wypada traktować klientów. Nie na początku swojej kulinarnej drogi i nie w sytuacji, gdzie należałoby walczyć o każdego zadowolonego klienta.
Nie chciałbym, by ten wpis był proroczym, ale przy takiej jakości przetrwanie zimy będzie dla nich bardzo trudnym zadaniem. A na wiosnę? Na wiosnę pojawi się kilkanaście lub kilkadziesiąt nowych samochodów, które mam nadzieję będą od początku wiedziały, kto w tym biznesie jest najważniejszy. A jest nim klient.
