Zawitałem do Floriana – restauracji, klubu i pubu. Wieczór miał być muzyczny, ale postanowiliśmy zacząć go kulinarnie. Czyli jak zwykle 😉 Obserwuję ich profil fejsbukowy od dawna, roi się w nim od ciekawych pozycji lunchowych, niebanalnych sałatek – słowem kucharz stara się jak może. Karta zupełnie świeża – głównie kuchnia polska (pierogi, żurek, tatar, śledź, polędwiczki, łosoś), czyli coś, co każdy kucharz ma w małym palcu. Pora zatem sprawdzić kondycję palca 😉Wybieram dwa lekkie dania przekąskowe – zupę kurkową (16 PLN) i śledzia (18 PLN) na sałatce z młodego pora i jabłek z chmurką kwaśnej śmietany. Nie siadamy w eleganckim wnętrzu restauracji (naprawdę robi dobre wrażenie), ale prosimy o podanie go w pubie, gdzie gra zaprzyjaźniona kapela.
Zupa kurkowa – to zupa z kurkami. No a jakże miałoby być inaczej. Jednak dominuje w niej smak… soli. Jest jej nieprzyzwoicie dużo. Wywar poprawny, smaczny, ale przygotowany co najmniej dzień wcześniej. Rozgotowane mięso jest już prawie rozwłóknione, kurki różnego rozmiaru. Trafiła mi się nawet wielkości zegarka ministra Nowaka. Dla mnie to zwykłe niechlujstwo, podobnie jak podawanie gościom dwudniowej zupy z wygotowaną do bólu pietruszką zamiast posypania jej na świeżo. Zasolenie jak w Morzu Martwym dyskwalifikuje to danie jednak na ament.
Po przekazaniu uwag panu z obsługi pubu zasiadam do śledzia. Poprzedzając oczywiście tradycyjną pięćdziestką, by zapomnieć o bolesnym przeżyciu sprzed chwili. Rozglądam się za masłem. Brak. W koszyczku chlebowym przyglądają mi się dwie przekrojone kromki starego chleba. Zdają się mówić: nie jedz nas, oszczędź sobie kolejnych wrażeń. Oszczędzam. Wgryzam się w śledzia – danie najprostsze z prostych. Ryba odpowiednio mięsista, czuć że lekko wymoczona i nie przesolona, ale bez potraktowania mlekiem, cytryną czy nawet zwykłym pieprzem. Nic. Banał. Choć trzeba przyznać – ładnie podana. Zaglądam pod spód w poszukiwaniu garni. Wyczuwam pora, kwaśne jabłka i chmurkę „śmietany” w postaci koszmarnego, taniego majonezu. Miarka się przebiera.
Nie dość, że płacę za dania jakbym spożywał je na eleganckiej zastawie w restauracji to dostaję stare dodatki a potrawę podawaną w porze największego (sic! bo przecież nie u nich) ruchu przygotowano z innych składników. To jakaś kosmiczna katastrofa. I tak budowany w mojej świadomości przez codzienne wpisy na fejsbuku obraz knajpy upada z hukiem. Wielka szkoda, ale przede wszystkim marna rekomendacja na przyszłość. Brak kontroli i szacunku dla klienta lubi się mścić a nomen omen karma – wracać.
