Nie pójdę pod Pałac. No nie pójdę. Przestała mi odpowiadać atmosfera wielkich zlotów food trucków, na których jedynym dostępnym daniem są kolejki do samochodów a oferta przy tak ogromnym ruchu nie zawsze skupia się na jakości. Wolę miejsca bardziej kameralne z fajnie dobraną ofertą kulinarną, szanujące także portfele właścicieli food trucków i oferujące odwiedzającym znacznie więcej niż DJ-a męczącego ludzi swoim jechanym na maxa skreczingiem.
Basta! Wybieram kolejny już event organizowany przez Jaja w kuchni, czyli Marcina, który oprócz karmienia warszawiaków, dba by mieli gdzie mieszkać (gościny użyczyła inwestycja Dom Develoment) a do konsumpcji potrafi zaproponować live cooking i świetną ofertę muzyczną – tym razem z grający na żywo jazzujący Bibobit.
Mimo, że food trucków jest kilka, bez trudu udaje się znaleźć nowy szary samochód, stojący niepozornie pomiędzy weteranami. Nazywa się 4 kółka i bułka a rządzi w nim dwóch uśmiechniętych dżentelmenów, których wygląd i obsługa sugerują, że amatorami w gastronomii to wcale nie są.
Grzecznie czekamy na swoją kolejkę i już się gęba cieszy. Otóż panowie zamiast kolejnych burgerów serwują policzki, ozorki i karczek, czyli nasze ulubione podroby, które propaguje już w Warszawie m.in. Szerdelek – charakterny cymes. Zamawiamy z Bratem Jarosławem – ja „Pokaż język” (12 złotych), on – „Niezły kark” za 15 złotych.
Wybrałem ciemniejsze pieczywo ciabattowe a panowie uzupełnili je długo marynowanym i wolno gotowanym mięciutkim ozorkiem, rukolą i dodali sporo kiszonego ogórka. Smak wzmocniła cieniutko starta ostra rzodkiewka i wspaniały domowy sos chrzanowy. Danie idealne, aż się prosi o wariacje w stylu Beef Brothers’owych kanapek kubańskiej czy góralskiej, i z pewnością może stać się wizytówką Czterech Kółek.
O niezłym karku napisze jeszcze parę słów Brat Jarosław (ja podam jedynie skład: domowa salsa BBQ z szalotką, pomidorami i prawdziwymi wędzonymi śliwkami, dwa solidne kawałki antrykota i sporo sałaty).
Brat Jarosław rzecze:
Ja to raczej z natury „obrzydliwy” jestem 😉 ozorki są dla mnie poza zasięgiem, dopiero co nauczyłem się jeść carpaccio wołowe a dzięki Szerdelkowi zasmakowałem w polikach, więc pozostałem przy antrykocie.
No to tak – dwa grube kawałki mięcha, niestety na modłę kaszpirową upichcone „well done”. Pomimo mocnego wysmażenia zachowały „łatwość” gryzienia, żadna tam podeszwa tylko solidna dawka dla siekaczy. To tak właściwie najważniejsze – męczenie się z mięsem to fakap i wstyd na całą dzielnicę.
Poza tym idą świeże sałaty i salsa BBQ, przyjemna, lekko ostra, z wyraźnie widocznymi (takoż w gębie) kawałeczkami pomidorów, cebuli i papryki?! Uważam, że dla sztuki mięsa wyraźny sos to konieczność i oczywistość. Tu się sprawdza idealnie.
Godny kawałek mięsa w przekroju
Niestety najsłabszym ogniwem okazała się bułka. Pomimo, że dobrze wyprodukowana w prawdziwej piekarni, to zbyt mocno wyschła na grillu, z zewnątrz zamieniając się w suchy wiór.
Trzymamy kciuki za dopracowanie szczegółów a Was zachęcamy do wypróbowania pozostałych dań, zwłaszcza że za moment nastąpi jesienna zmiana menu. Tym razem to internauci mają zaproponować swoje smaki do kanapek, więc czasu coraz mniej 🙂 a i kreatywność ma zostać odpowiednio doceniona.

