Jako pierwsi mieliśmy okazję przetestować nową warszawską kuchnię, którą otwiera Tomek Jakubiak w miejscu dawnego lokalu Marty Seler. Nowa nazwa – „Gar u Jakubiaka” – nawiązuje do starej. Oficjalne otwarcie nastąpi dopiero 24 września 2014r., ale już można wpaść ze znajomymi i przetestować listę pierwszych dań. W sobotni wieczór jest gwarno, tak jak powinno przystawać tej okolicy (wszak za winklem zaczyna się Sienkiewicza a vis a vis znajduje się Filharmonia), uwagę przyciąga długi stół, umożliwiający konsumpcję i rozmowy co najmniej ze czterdziestu i czterem osobom. Na stole gary, za szybą krzątający się kucharze, obsługa szybka, już nauczona dań i umiejąca doradzić. Przy wejściu w kraciastej warsiawskiej koszuly wita (i również konsumuje) sam Tomasz.
Pierwsze wrażenie? Socjal 😉 I bardzo dobrze. Bo jeśli powtarzać sukces i zachęcać do odwiedzin to właśnie taką bezpretensjonalnością i nienachalną socjalizacją gości. Bez zadęcia i ulgixu a z wypisanym kredą i zmienianym często menu, średnią półką cenową i autorską kuchnią.
Wybraliśmy dla Was dwa dania, które od dziś dołączają do naszych ulubionych. Jako pierwszy wjeżdża na stół krem z kiszonych pomidorów (19 złotych) – danie absolutnie proste i wydawać się może banalne – ale przez użycie moich ulubionych kiszonek podniesione do poziomu naprawdę oryginalnej kuchni. Ile można jeść zwykłą pomidorówkę, nawet zmiksowaną na kremowo, skoro można przygotować ją na sposób wschodni i złamać obecnością muli i krewetek. Nawet dla mnie, który nie gustuje we francuskich fanaberiach, to zestawienie ciekawe i smakowo utrafione w punkt.
Drugim testowanym przez nas daniem jest tagliatelle w bardzo ciekawej wersji polskiej – z rydzami i kiełbasą drwala (28 złotych).
Porcja ogromna, solidnie naoliwiona i lekko wzbogacona czosnkiem, jednak przy takich dodatkach bez wyraźnego i określonego dominującego smaku. Wzywam więc obsługę i zaczynam pytać czy jest szansa na coś ostrego. Po kilku chwilach na stole pojawia się pecorino nero. Jednak to nie to. Za ostro i za egzotycznie (choć prywatnie akurat ten ser uwielbiam). Prosimy gospodarza o pomoc. Tomek nie waha się długo i przynosi z kuchni sporą porcję startego wędzonego sera korycińskiego. Posypujemy i… jest dokładnie tak jak sobie to wymarzyliśmy. Lekko zaostrzony smak a nadal wyłącznie polskie składniki. Wszystko się idealnie komponuje (łącznie z drobnymi cebulkami) i skleja a my szybko wciągamy swoje porcje nawijając makaron na uszy naszym miłym sąsiadom ze stolika obok.
Podsumowując, przy takim zaangażowaniu szefa, kucharzy i obsługi możemy być spokojni i o debiut i o kolejne miesiące. I oczywiście nadal czekamy na tex-mex . A Wam polecamy czym prędzej wpaść do Gara 🙂 Jeśli zajrzycie większą grupą, możecie liczyć na specjalny rodzaj serwisu, ale nie będziemy zdradzać niespodzianek.

