Dziś wszyscy jesteśmy menedżerami. Albo nimi byliśmy. Albo jeszcze będziemy. Nas cieszy fakt, że dużo osób, które wchodzą do biznesu street foodowego ma za sobą doświadczenia korporacyjne i to nierzadko z wysokich stanowisk. To od razu owocuje przemyślanymi konceptami na biznes, niezłą orientacją w kwestiach finansowania i dotacji oraz przemyślanym marketingu nawet przy niewielkich na początek funduszach. Dziś będzie o nowym food trucku, karmiącym korpoludków, czyli Bandzie Kotleta z Warszawy.
Nowiutki i świetnie zaprojektowany, wyposażony i obrandowany samochód zaparkował w jednym z parków biznesowych stolicy i od razu rzucił się w oczy nową i intrygującą koncepcją kanapek lunchowych z tradycyjnymi polskimi wkładami. Czego tu nie ma? No właściwie jest prawie wszystko, co poza burgerem można umieścić w szybkim i smacznym daniu.
W podstawowej ofercie serwują pięć różnych kompozycji. Jako pierwszą – Wiedeńczyka, czyli tradycyjny Wiener Schnitzel (a nawet dwa jego kawałki – 15/20 złotych) w towarzystwie majonezu i keczupu, sałaty, pikli, cebuli i pomidora, wzmocnionego papryczkami chilli a nawet z odrobiną soku z cytryny.
Druga to Zwinięty (18 złotych), czyli spora porcja rolady schabowej z boczkiem, oczywiście z kiszonym ogóreczkiem, musztardą i sosem pieczeniowym, skomponowanej z białą kapustą, majonezem i podobnymi dodatkami.
Dochodzimy do trzeciej i już nie wytrzymujemy. Zamawiamy Kanadyjczyka (15 złotych), bo grillowana parówka w otoczeniu porządnego sera cheddar i prawdziwych suszonych śliwek zawinięta w chrupiący bekon z dodatkiem chilli to coś, co musi smakować. I to jak smakuje. Wyostrzone musztardą i keczupem, poprawione papryczkami chilli i piklami oraz świetnie chrupiącą prażoną cebulą danie powoduje, że najadamy się nim lepiej niż tradycyjnym zestawem lunchowym.
Zatrzymajmy się na chwilę przy kolejnej propozycji. Jajcarz (15 złotych) to danie, które może smakować zarówno mięcholubom jak i wegetarianom. Zawiera dwa jajka sadzone i dużo boczku (którego oczywiście można sobie odmówić zadowalając się jedynie jajkami) a wśród znanych już dodatków pojawia się także szczypior i sos BBQ.
To jeszcze nie koniec. Za creme de la creme niech posłuży Mortadel (15 złotych), czyli trzy porządnie zgrillowane i obłędnie pachnące kawały dobrej stanisławowskiej mortadeli, która z chrzanem i musztardą jest czymś na co od dawna czekałem i co w połączeniu z cebulą, piklami i sałatą jest daniem skończonym i na mój szacunek zasługującym.
Jak widzicie w tym food trucku praktycznie nie ma dań, które powtarzałyby się gdzie indziej u mobilnej konkurencji. Są nowe, odkrywcze a z drugiej strony klasyczne i doskonale znane, ale przygotowane w przemyślany sposób. Najbliżej im do Szerdelka, ale nawet zestawiając te dwa samochody nie widziałbym między nimi konkurencji a raczej uzupełnienie różnych odmian tradycyjnej polskiej kuchni.
A zatem na pytanie czy można jeszcze wejść do biznesu food truckowego i osiągać w nim sukcesy bez wahania odpowiadam – absolutnie tak. Wystarczy mieć dobry pomysł i doświadczenie – i to wcale niekoniecznie gastronomiczne.

Visitor Rating: 5 Stars
mniamniam