Diner 55 – burgerowa porażka z nożem w tle

Skuszeni logotypem knajpy udaliśmy się w porze lunchowej do warszawskiego Diner 55 – siedziby trzech marek (o których raczej mało kto słyszał) Pan Burger & Ricos Tacos & Mr. Pancake. Knajpa położona w jednym z dwóch imprezowych zagłębi stolicy (do której w nocy nie da się wejść bez godzinnej kolejki i selekcji) okazała się świecić pustkami o godzinie 15:00, czyli w trakcie obiadowego szczytu, co niewątpliwie powinno zapalić u nas ostrzegawcze lampki. Obeznani z klaustrofobicznym wnętrzem nawet nie wchodziliśmy do środka tylko zasiedliśmy w ogródku. Zajrzyjmy do menu, gdy w tym czasie zniknięta na dziesięć minut kelnerka będzie przygotowywać podwójną colę…

Brzmi kusząco. Burgery są ponumerowane (co za hipsterski pomysł) i każdy z nich kosztuje 20 złotych. Burger numer 1 to pieczarka, cebula, ser i grilowany pomidor – oczywiście na sałacie, burger numer2 – bekon, jajko sadzone, sos aioli ale już bez sałaty, numer 3 – anchovis, kiszony ogórek i sos werde(!) bez sera i sałaty, numer 4 jest z wędzonym serem, sosem buchera (co za licho) i kiszonym ogórkiem a numer 5 – z pieczonym czosnkiem, sosem african’s habanero i serem. No cóż. Poplątanie z pomieszaniem, część burgerów bez sałaty, dziwne dodatki… No cóż. Głód zwycięża i zamawiam trójkę. W zestawie z frytkami i hipsterskim napojem Istar – za 32 złote.

Ups. Nie ma hipsterskiego napoju w żadnym ze smaków. Rozumiecie – w hipsterskim lokalu nie ma hipsterskiego napoju. Świat się kończy, pora golić brodę.

Po złożeniu zamówienia pytam panią kelnerkę, dlaczego nie spytała o stopień wysmażenia mięsa. Dostaję odpowiedź – kucharz wszystkie burgery smaży porządnie. Uff. To pierwsza knajpa na świecie, gdzie defaultowo dostanę mocno wysmażone mięso. Hip(ster) hurra!

WP_20140701_001Po prawie półgodzinie na stole pojawiają się zamówione burgery (na szczęście prawie wszystkie trójki, więc oszczędzę wam czytania o innych dramatach). 😉 Wszystkie jednakowo zimne, wszystkie średnio wysmażone (ups) i zapakowane w chemiczną bułę „z Lidla”. A na dodatek PRZECIĘTE NA PÓŁ. Jest hipsterka, pomyślałem. Brniemy dalej. W drewnianym korytku malowniczo meandrują najtańsze frytki zaś burgery grają główną rolę tego dramatu.

WP_20140701_002Jest nawet jakiś kawałek sera tostowego – a miało go nie być. Jest sos WERDE – co ciekawe, nie zna go nawet wujek Google. Ale jest i smakuje jak sos werde. Wszystko to zwieńczają szczątki kiszonego ogórka i sflaczała sałata (nie było w menu) oraz jedna mała rybka anchovis, której smak przytłacza i zabija wręcz całą kanapkę. To jedyny zapamiętywalny fragment dania, które, gdybym nie był w towarzystwie początkujących burgerożerców, w całości powinno wrócić do kuchni.

Macie dość? Ja też. Więc jakoś nie przekonam się do powtórnych odwiedzin Dinera 55 nawet mimo widoku przepięknych ikeban z pankejków serwowanych na fanpejdżu tej kluborestauracji. Doprawdy nie jestem w stanie pojąć jak można tak zawalać prostą kuchnię i to… niestety od dłuższego czasu. Przejrzenie opinii innych gastronautów zamyka dla mnie temat i stawia krzyżyk na Panu Burgerze i jego ekipie.

Diner 55 - Warszawa, ul. Żurawia 32/34 (wejście od Parkingowej), tel. 606 924 088 - Facebook, mapa Google

Dodaj komentarz