Wakacyjne wyjazdy to znakomita okazja do przetestowania sieciowej oferty bistro prowadzonej przez stacje Orlenu. Na codzień w miastach oferują raczej kanapki i hot dogi, ale część stacji położona przy głównych trasach i autostradach serwuje nieco więcej potraw. I to nie tylko fast foodowych. O śniadaniach będzie innym razem (jest nieźle) a teraz szybki wpis o ofercie eintopfowej. Wybrałem stację niedaleko Poznania położoną przy A2 w MOP Krzyżowniki w kierunku Warszawy. Niedziela, popołudnie, dzień finału mistrzostw w Brazylii. Tłok jak w Sezamie, gdy rzucali parówki. Obsługa zmęczona i mało prokonsumencka. Ale co się dziwić. Po odstaniu dziesięciu minut przy ladzie w części Orlen Stop Cafe&Bistro nieśmiało zagaduję, czy ktoś mnie obsłuży. Zaplecze kuchenne ziało pustką, najbliższy mnie sprzedawca zaprosił do siebie i poinformował, że zamówienia należy składać u niego. Bo tak. Nie będę komentował braku jakichkolwiek tabliczek informacyjnych czy też tego, że mógłby przy płaceniu za benzynę zaproponować coś do przekąszenia, ale uznałem to za kolejny z niepisanych polskich zwyczajów gastronomicznych. Tym razem orlenowych.
Jak widać dla obsługi część gastronomiczna nie jest jakimś znaczącym elementem modelu biznesowego stacji (choć zajmuje prawie 1/3 jej powierzchni), zobaczymy czy smak – również.
Zamawiam żurek (z białą kiełbasą i jajkiem) za 8,90 oraz bigos z bagietką za 9,90 oraz małą butelkę soku pomarańczowego (250 ml za 5,99), który wydaje się być produkowany na miejscu w wielkim zgniataczu pomarańczy stojącym na ladzie w części bistro.
Pierwsze, co zwraca uwagę to ogromna ilość dobrej gatunkowo białej kiełbasy i cztery ćwiartki jajka zalane solidną porcją zupy z bemara. Smak – bez zarzutu. Lekko kwaśny, ale akceptowalny dla każdego – nawet obcokrajowca, których sporo na tej trasie. Zjedzenie całej porcji nie będzie wcale łatwe i zdecydowanie odradzam jednoczesne zamawianie i żurku i drugiego dania. Ja na szczęście na drugie wybrałem bigos z bagietką, zamiast której otrzymałem dwie wypieczone wcześniej na miejscu chrupiące kajzerki. I tu zaczął się prawdziwy dramat. Nasza narodowa potrawa, traktowana z czcią niczym hymn czy inne kremówki – tutaj w najgorszym z możliwych wykonań.
Zacznę od smaku. Właściwie to od braku smaku. Potrawa kompletnie pozbawiona przypraw, smaku nie dodają także dodatki, które w większości są poprawne, choć dziwi duża ilość białego miejsca z kurczaka dominująca wśród kiełbasy, wołowiny a nawet kawałków marnej szynki zaopatrzonej w grubą skórę. Kapusta mocno rozgotowana, widać spędziła sporo czasu zanim powędrowała do klienta. I wiecie co? Eureka. Zagadka rozwiązana. Otóż aby mogła sobie spokojnie czekać (może nawet dniami?) na swoją kolej, została podlana ogromną ilością wody (!!!), która skutecznie uniemożliwia przypalenie bigosu w bemarze i nie wymaga ciągłego mieszania. A przy okazji wypłukuje resztki smaku. Jak dla mnie genialne rozwiązanie, ale może zachęcać jedynie do odradzenia konsumpcji. Szkoda ogromna, bo obcokrajowiec po takim kontakcie z polską tradycją z pewnością nie zdecyduje się na powtórkę u żadnej Marty Seler.
Bułeczki całkiem smaczne, choć wiadomo że z głęboko mrożonego produktu, ale swoją chrupkością ratują resztki honoru. Podobnie jak zimny sok, który otrzeźwia po tak wątpliwych kulinarnie wrażeniach.
Zastawiam się, czy przedstawiciele firmy Orlen S.A. mają w zwyczaju kontrolowanie poziomu jakości gastronomii w swojej sieci. Jeśli aspirują do standardu swojej konkurencji, zdecydowanie powinni zainwestować w ekipę mystery shopppers i regularnie odwiedzać Stop Cafe&Bistro. W razie potrzeby chętnie służymy wykwalifikowaną kadrą gastronautów 🙂
