Po grudniowej aferze Macieja Nowaka nastąpiło blogerskie ożywienie w temacie knajp serwujących kuchnię wschodnią, w tym chińską i wietnamską. W Warszawie nałożyło się to na otwarcie nowego przybytku – bistra o nazwie Pekin Express, położonego tuż obok Burger Baru (pierwszej warszawskiej burgerowni) i dzielącego nawet z tym ostatnim kuchnię, właścicieli i… zapachy 🙂 Bez przesady. Zapachy – nie, ale już hipsterskość kojarzoną z tłustym bitem i płytą ze sklejki jako podstawą designu – owszem.
Zebraliśmy się tedy drużyną pierścienia i uderzyliśmy wspólnie z autochtonami – czyli Bitosem i Diep (znanymi z Pho 14) – w skromne progi Pekin Express, zamówiwszy nieco wcześniej kaczkę po pekińsku wraz z miejscami siedzącymi. Bo zarówno jedno jak i drugie tego dnia wyszło 🙂 Bistro wygląda nieco dziwnie. Obsługuje nas kelner, wszystkie dania przynosi z zaplecza, którego nie widać. Trochę szkoda, bo widok krzątających się kucharzy zdecydowanie bardziej podnosi moje zaufanie do kuchni.
Autochtoni służyli nam za końcówki języków, doradzali (choć sami pracują w gastronomii i rozumieją, że nie należy zanadto krytykować swojej konkurencji) w wyborze dań i podpowiadali jak powinno się serwować potrawy pochodzące ze Wschodu. Ich cenne wskazówki naprawdę biorę sobie do serca i coraz częściej spędzam czas w ich towarzystwie wraz z innymi zakręconymi zawodnikami zakochanymi w ostrych smakach Azji.
No to zaczynamy ostro, od sałatki z kurzych łapek (15 złotych).
Kurze łapki, pędy lotosu, kalarepa, niezbyt świeże zioła – m.in. mięta. Warzywa też już trochę przeleżały zanim trafiły do sałatki. Smak – wyjątkowo ostry. Szkoda, że nikt nie umieścił takiej informacji w menu :-/
Sprawdzamy dalej, pora na zupę pho (mała porcja za 12 złotych).
Dodatki do przyprawienia – jak należy. Ale zaraz, to przecież bulion drobiowy. Kolor i smak zdradzają bez dwóch zdań. Do tego rozgotowany, łamiący się makaron. Wołowina – tu też Bitos ma sporo uwag co do świeżości przyrządzenia. No cóż. Nie najlepiej się zaczyna moja przygoda z Azją.
W końcu na stół wjeżdża cieniutko pokrojona kaczka po pekińsku (cała – 120 złotych, połówka – 60, ćwiartka – 35). Mięso delikatne, ale już dodatki się nie zgadzają. Dymka powinna zawierać białą część, tymczasem w miseczce możemy delektować się jedynie zielonymi pędami. A przecież cały cymes polega na dodawaniu właśnie twardych części dymki do naleśnika, aby nadać chrupkości zawiniętej weń kaczce. No cóż. Sos smaczny, więc już się nie czepiamy, ale taki fakap w daniu firmowym raczej nie przystoi.
Dodajemy sos, kaczkę i dodatki.
Zawijamy w rolkę… I delektujemy się daniem pochodzącym z czternastego wieku, z czasów dynastii Ming. Dla mnie bomba. Kompozycja smaków jest wręcz obłędna a kaczka naprawdę dobra. Niestety znika błyskawicznie, więc zamawiamy czym prędzej kolejne dania.
(zdjęcie: slodkokwasna.pl)
Kanapka wietnamska (10 złotych) – ostra, wyraźnie wyczuwalny smak papryki i czosnku, ale pasztet ewidentnie z którejś z dużych sieci handlowych, choć nie najgorszy.

Sajgonki z wieprzowiną i krewetkami (25 złotych) – świetne i oczywiście różne w smaku od tych z budek. Widać, że tutaj farsz to coś na co zwraca się uwagę, choć dla mnie ciut zbity. Porcja duża, sycąca. Makaron znakomity.
No to spróbujmy sałatki z kaczki (15 złotych).
I znów jest mega ostro i ani słowa na tablicy czy przy zamawianiu. Czy znów tak trudno oznaczyć to w menu dla przeciętnego zjadacza sajgonek??? Porcja jak porcja, jako przystawka – w sam raz.
Kolejne danie to smażony makaron z kaczką (15 – mały ,30 złotych duży). Solidna porcja, bez uwag. Smaczne i zdecydowanie do powtórzenia.
No to pora na kolejną zupę. Tym razem z żeberkami (20 złotych). Zupełnie bez smaku rau ngot, ot wpakowane do wyjątkowo słonego bulionu żeberka. Liście powinny być zagniecione ręcznie lub podsmażone, by puściły soki a zupa mieć ich kolor. Zdecydowany fakap.
(zdjęcie: slodkokwasna.pl)
Smażony makaron z manioku z wołowiną i jajkiem (mała porcja 15 złotych) nie wzbudził żadnych emocji. Ot, poprawne danie.
(zdjęcie: slodkokwasna.pl)
Podobnie jak makaron ryżowy z wołowiną (15 złotych za mniejszą miseczkę). Smaki przewidywalne, niczym nie zaskakujące.
(zdjęcie: slodkokwasna.pl)
Podsumowując, po takiej dawce kuchni azjatyckiej już wiem, że warto ją odkrywać ale także, że ograniczanie menu może mieć swoje dobre strony.
Gdyby zacząć od dwóch-trzech dań i stopniowo, bazując na opiniach klientów (w tym najlepiej pochodzących z tamtych rejonów), wprowadzać nowe, Pekin Express zyskałby zdecydowanie więcej fanów a odkrywanie kolejnych kart z dobrze przygotowanymi do ich serwowania kucharzami to by dopiero była mega hipsterka. Dla mnie brak oznaczeń w menu, że niektóre dania są wyjątkowo ostre, to zwykły brak szacunku dla klienta.
Wracać będę. Ale tylko do niektórych dań. A szkoda.
PS. A dlaczego Maciej Nowak w tytule? No bo go tu nie było 🙂

