Tym hasłem (i innymi z minionej epoki) witany jest każdy gość odwiedzający jedyną w swoim rodzaju warszawską restaurację przy ulicy Belwederskiej 2, czyli kultowy „Lotos„. Ostatni raz byłem w nim siedem lat temu, więc ciekawiło mnie czy coś od tamtej pory uległo jakimś zmianom. Wszak dotykają one całe miasto a szczególnie gastronomię. A więc…
zupełnie NIC się nie zmieniło. Ani wystrój, ani karta dań. Nadal uprzejma pani w szatni, nadal gwar na sali, która o godzinie siedemnastej jest pełna, nawet te same kelnerki… Uroniłem łzę, bo chleb też dostałem tak jak zawsze – świeży – a porcję masła w małym sreberku. Czułem się jak bym wyszedł wczoraj i wrócił nazajutrz.
Tatar za 18 złotych?
Bez zmian. Czyli bez grzybków. I dobrze.
Śledzik za 9 złotych?
Bez zmian. Porcja pieczywa z masłem – 2 złocisze.
Oferta lunchowa – choć w tym miejscu nazywa się ona tak jak dawniej obiadem firmowym – 17 złotych. Od poniedziałku do piątku od 12-tej do 18-tej! Codziennie inna pyszna zupa i jedno z dań z karty. Można wylosować tak jak ja – znakomitą kwaśną ogórkową
i klops w aromatycznym sosie z borowików
Czy było warto? Ja w tym magicznym miejscu mógłbym nawet umrzeć z przejedzenia. Oczywiście z numerkiem z szatni w ręku…
I na koniec apel. Proszę, potraktujcie go poważnie.
APEL DO ODWIEDZAJĄCYCH LOTOS! Wizytę w TEJ restauracji rozpoczyna się w SZATNI, która jest równie ważna, co sala konsumpcyjna. Poziom schamienia osiągnął już dno i podczas moich odwiedzin widziałem masę gości z wiszącymi na oparciach ubraniami. Najwyraźniej dla nich wizyta w tak kultowym miejscu nie jest warta nawet dwóch złotych dla przemiłej szatniarki. Traktowanie jej jak powietrze uważam za policzek wymierzony w Tradycję i takim osobom nie zamierzam się kłaniać.

