Kielce kocham wielce ze względu na moje rodzinne koligacje i szacunek dla przodków. Ci najstarsi to nawet namieszali trochę w podręcznikach geologii wyłażąc z kąpieli w niedalekim kamieniołomie w Zachełmiu na czterech łapach niczym Żorż z kolegami z Literatki 😉 Ale do rzeczy. Jako przedstawiciele klasy średniej rzeczą oczywistą jest, że poszukiwaliśmy lokalnej Galerii Mokotów w celu zakupu chińskich podróbek i taniego fast foodu. Lawirując między latającymi scyzorykami dotarliśmy w końcu do pierwszej z brzegu o nazwie Echo a w niej udaliśmy się na żer do włoskiej Di Gusto.
Pizzeria jak pizzeria. Piec jak piec. Food court jak food court. Ale na ladzie chłodniczej leżało coś długiego…
Tak. To one. Klasyczne zapiekanki, które z racji mojego zaangażowania w reaktywację tego wymierającego gatunku darzę niezwykłą estymą, i to w wersji nie spotykanej w Warszawie. Czyli osobno ser, osobno pieczarki. Wersja maxi za… 7 złotych. Po kilku minutach od zamówienia wyjechała z pieca i rozpocząłem konsumpcję.
Najważniejsza różnica to pieczarki. Diguściańskie są serwowane w całości, uprzednio przyrumienione na patelni i nawilżone niezłym sosem własnym oraz przyprawami. Dopiero na to trafia ser (choć tu miałbym wątpliwości czy to ser czy wyrób seropodobny, bo dość dużo ostatnio testuję) i na długiej bagietce wędruje do rozgrzanego pieca. Jak dla mnie – bardzo szybkie i smaczne danie, wcale nie gorsze od pizzy, którą również mieliśmy przyjemność zamówić i skonsumować.
Prosciutto i Vegetariana duża (pól na pół) za 28 złotych.
Typowa pizza z typowego pieca o typowym smaku. Smaczna, ale niczym wyjątkowym się nie wyróżnia.
Cieszę się, że znalazłem lokal nie recenzowany jeszcze przez Żorża&Co, więc dlatego popełniam niniejsze krótkie dzieło literackie, ale myślami jestem na innym poziomie tego samego centrum handlowego, gdzie rządzi
My name is Burg. John Burg.
To dopiero wyzwanie. Mam nadzieję, że wkrótce i ja dostąpię zaszczytu wylizania talerzy po blogerach i zdam relację z mojej tamże wizyty.
