Piątkowy wieczór. Zbliża się dwudziesta pierwsza a Brat Jarosław daje znać, że zgłodniał. Jestem w centrum Warszawy w pobliżu ulicy Hożej, w sam raz żeby w końcu przetestować Queen Burger.
Hoża obfituje w dobre jedzenie, z jednej strony fantastyczne Friterie i eksperymentalne KroWarzywa a z drugiej rzeczony Queen. Miejscówka mocno promowana w czasie otwarcia (ponad rok temu), nie wszystkim jednak przypadła do gustu. Widać to szczególnie po komentarzach w social mediach 😉 Ale nie ma co powtarzać cudzych opinii, trzeba wziąć byka na rogi i zatańczyć walca z królową.
Po dotarciu na miejsce postanawiam zasięgnąć języka u obsługi i dowiedzieć się czegoś o ich kuchni. W lokalu dominuje młodzież w czapkach „zaraz wracam”, ale rozmowa z kucharzem wypada pozytywnie. Widać, że to street foodowy zapaleniec i osoba dobrze poruszająca się po warszawskiej gastronomii. I niestety widać, że w tym lokalu – jak w większości należących do właścicieli, którzy nie mają wielkiego pojęcia o rynkowych trendach – skrzydeł rozwinąć nie może.
Żadnego wyróżniającego lokal produktu. Fakt, na zapleczu widoczne wory z ziemniakami zapowiadają, że tu się podaje własne (i oczywiście tańsze) frytki, ale w gratisie na wynos z Bacon Burgerem (27 złotych) dostajemy nachosy (sic!). Fajnie jest kopiować pomysły konkurencji, ale bez przesady. Zwłaszcza, że dodawana salsa to jedynie zblendowane wspomnienie po ideale z Burger Baru.
Na pytanie o sosy, pada odpowiedź że sos BBQ jest kupowany. No cóż, nawet do tak fajnego i pozwalającego na rozpoznawalność miejsca dodatku właściciel najwyraźniej woli nie dokładać. Ale, ale… królowa serwuje własne bułki. Wyglądem i smakiem przypominające te z Warburgera, ale za chwilę okaże się, że to największy dramat lokalu.
Warto na plus odnotować, że udało się wprowadzić własny majonez. Ale już skład mięsa poddawany mieleniu – m.in. pręga i goleń z dodatkiem łoju – sprowadza niemal do parteru.
Po zamówieniu mocno wysmażonego burgera na wynos i spakowaniu go w standardowe pudełko po butach 🙂 z zegarkiem w ręku pędzę, by przekazać go po pięciu minutach głodnemu Bratu J.
Kaszpir
Unboxing dzieła wygląda tak:
Dalej nie jest już tak różowo. Typowa piramidka, brakuje jedynie dzidy, która wbiłaby się w serce kotleta.
Cheddar, pomidor, sałata, bekon, ketchup i majonez, mała sucha bułka, świeży ogórek zamiast pikli, które zamówiłem dodatkowo
Brat Jarosław
Moje pierwsze spotkanie z królową miałem jakoś na początku maja – ale w mej pamięci zachowało się tylko parę faktów:
drogo, średnio i niekoniecznie po królewsku.
Po ponad pół roku nie jest lepiej. Piramidkę trudno ugryźć, ściśnięta kwiczy i oddaje tłuszcz. Bułka jest pulchna, w posmaku mocno drożdżowa. Lekko zbyt mała do szerokości mięsa. Po paru sekundach całość ląduje na stoliku bo przemoknięta od sosu buła poległa, odsłaniając 'krwawe’ wnętrze.
Naprawdę nie rozumiem burgerowni nie testujących swojej bułki pod kątem jej najważniejszej roli. Dla mnie niemożność łatwego zjedzenia potrawy to największy grzech street foodu. Potrawy jedzone rękami muszą być integralne. Mięso – soczyste – by łatwo je było gryźć, nie może zawierać dziwnych dodatków nadających się tylko do plucia a bułka musi trzymać pozostałe składniki w ryzach. Amen!
Taki szach, że żadna roszada nie pomoże.
Lecimy z królową dalej: mięso przesolone, za to bez pieprzu czy innych silnych przypraw. Mocno wysmażone według zamówienia, jednak mam wątpliwości czy ma regulaminowe 180 gram.
Ser jak zwykle nie bierze udziału w smaku, wręcz pomijalny o konsystencji taniego „wyrobu sero-podobnego”.
Sosy: barbek może być, za to majonez podejrzanie dobry 😉
Największy fakap to ogórek. Domówiliśmy pikle a oprócz nich dostaliśmy grube plastry świeżego ogórka krojonego ze skórą. To pomysł na miarę ogórka kiszonego w kebabie. WTF?
Same pikle przeciętne, w dużych plastrach. Do ideału jaki ostatnio kosztowałem w bydgoskim Zaułku czy warszawskim Cheeseburgerze im daleko.
Podsumowując, słaba propozycja. Zwykłe powielenie obowiązującego standardu bez jakichkolwiek własnych pomysłów. Profil na fejsbuku promujący własne dania zdjęciami sieciowych burgerów. Niegodny zapamiętania lokal, który doskonale reprezentuje dziewięćdziesiąt procent podobnych burgerowni w Polsce.
Jednym zdaniem? Samozwańcza Królowa jest naga.

