Szeroki uśmiech kucharza powitał dziś naszą gromadkę (ja plus dwie niepełnoletnie) w Socjalu przy Foksal. Pierwszy rzut oka na menu i… nie ma nic, na co dzieciaki chciałyby się zdecydować. Starsza córka podeszła do kucharza i zapytała czy zrobiłby jej sałatkę. Ale koniecznie z serem feta i oliwkami. No problem. I jeszcze z kurczakiem. No problem. Młodsza poprosiła o pizzę – margeritę – bo tylko takie jada. No problem. Ale z szynką. No problem. Zadowolony z takiego obrotu spraw usiadłem i odpowiedziałem miłej kelnerce, że na razie nic nie zamawiam, bo chyba się pożywię z okruszków.
I nie myliłem się. Po paru minutach dziewczyny dostały porcje gigant i zaczęły wcinać. A na moim talerzu pojawiły się przyniesione przez samego chiefa krewetki w tempurze na paście z karczochów. „Ale ja tego nie zamawiałem”. „Właśnie testujemy nowe potrawy – niech Pan spróbuje, czy dobre. On the house”. No problem Co prawda do smaku burgera im daleko, ale zestawienie smaków było obłędne i nawet nie spojrzałem w stronę talerzy córek. Skończyło się na tym, że trójka obżartych jak bąki gości ledwo opuściła lokal zabierając jeszcze do domu doggy bagi. Oraz wyjątkowo ciepłe uczucia do ludzi, którzy kochają swą pracę [Oraz napiwek, który w takiej sytuacji był czystą przyjemnością].

Tak było w marcu. Gwarantuję Wam, że od tamtego czasu jest jeszcze lepiej 🙂
