„Uwaga, trucizna” – taki napis wita nad barem i w naszym przypadku świetnie pasuje do wrażeń z walentynkowego wieczoru w Kolejce usytuowanej w kieleckim rynku. Niedawno otwarta typowa przekąskownia z alkoholem kusiła nas od dawna cenami i zdjęciami nomen omen kolejek do wejścia. Zaryzykowaliśmy i wraz z moją drugą połówką Marcinem oraz w towarzystwie autochtona Żorża z żoną wybraliśmy się, by przetestować lokal.
Jak to w walentynki, dominowali osobnicy bywali w świecie i okolicach, szykownie szeleszczący żupanami popołochu. Rzut oka na menu i…
nie jest dobrze. Kieliszek Żytniej za 2 złote? Dwa razy taniej niż popitka w postaci coli czy soku. To wróży zagładę.
Ale nic, gwiazdy kuszą więc trzeba spróbować. Żeby nie było, że wypadliśmy tetrapodowi spod ogona, zamawiamy zestaw zakąsek.
W tym czasie jedno z nieporozumień towarzyskich kończy się lekkim tłuczeniem szkła oraz zdjęciem okryć wierzchnich i wyjściem przed lokal w celu dokończenia dyskusji. Kołczany prawilności pozostają w rękach sekundantów a rynek staje się ringiem bokserskim w wadze lekko półtrzeźwej. A gdzie tu ochrona? Hmmm.
Po fascynującej lekcji tolerancji połączonej z przypadkową obrazą damy wracamy do Kolejki i rozpoczynamy konsumpcję.
Akt drugi i ostatni dramatu.
Niejadalna bezkształtna masa zbrylonego smalcu w połączeniu ze starym chlebem (7 złotych) nie nadaje się raczej do konsumpcji i zostaje prawie w całości.
Tatar (12 złotych), choć prawilnie skomponowany, także nie pozostawia żadnych wrażeń. Szkoda, bo to danie, które od razu definiuje knajpę i otwiera drzwi wielu koneserom surowizny. Nawet na odległych północnych rubieżach cena takiego dania nie przekracza dziesięciu złotych, ale jakość użytego mięsa jest o niebo lepsza.
Kremem dela kremem miały być nóżki (9 złotych), ale i one raczej nie umywają się do serwowanych u pierwszej z brzegu konkurencji. Bezsmakowe i nie zapamiętywalne.
Podsumowując, niestety Kolejka okazała się najmniej smacznym ze wszystkich barów przekąskowych odwiedzonych przeze mnie w Polsce. Nie rozumiem, jak można tak kiepskimi daniami próbować budować swoją markę. PRL się już dawno skończył, ale widać w podejściu do biznesu gastronomicznego w niektórych miejscach trzyma się jeszcze bardzo mocno.
Oby szybko dostrzeżono różnicę między żartem a prawdziwą kuchnią.
PS. Dla osób, które nie rozumieją współczesnej terminologii ulicznej załączam mały poradnik.

Visitor Rating: 1 Stars